Ostatnia powódź w Polsce niezaprzeczalnie wyrządziła niepowetowane szkody, spowodowała olbrzymie straty. Gdy przyszła pora odbudowy i przywrócenia poprzedniego porządku jak zawsze okazało się, że to na zwykłych Kowalskich można (i trzeba) najbardziej liczyć. Niedługo po tych wydarzeniach na facebookowej grupie Retro MTB Polska przeczytaliśmy, iż jednego z jej członków dotknęły te właśnie kwestie. Bo kiedy zajęto się już domami, budynkami użyteczności publicznej i całą infrastrukturą przyszła wreszcie pora na to, co daje nam radość po pracy – swoimi pasjami.
Łukasz napisał tak:
Piszę ten post z ciężkim sercem, bo dotyczy powodzi, która bardzo dotkęła mojej najbliższej rodziny i mnie samego. Pochodzę z Nysy (woj. opolskie), tu mieszkam i pracuję. Jako dziecko przeżyłem powódź w 1997, która także zniszczyła dobytek moich rodziców, a mnie solidnie straumatyzowała. Obecna, zalała nasz dom rodzinny na wysokość 50-70cm, co wystarczyło by przez 1,5 dnia obecności wody zniszczyć całe agd, meble oraz drewniane podłogi i wszystkie drzwi, pozostawiając na wszystkim paskudny, trudny do sprzątnięcie szlam. Natomiast naszą rodzinną firmę zalało na wysokość ok 1,4m. Straciliśmy cały sprzęt, 80% towaru których handlujemy nadaje się do wyrzucenia, budynek wymaga wielomiesięcznego suszenia i remontu, nie wspominając o całym sprzęcie ogrodowym i wszystkim co przechowywaliśmy w budynku firmy. Osobiście, w momencie kiedy próbowałem ratować sprzęt w firmie, straciłem auto, które porwała wezbrana rzeka i wyrzuciła je na pole, niszcząc całkowiecie.
Piszę ten post tutaj (za zgodą admina), gdyż w firmie miałem też swój kącik rowerowy – cały sprzęt oraz kilkanaście rowerów (rodziny, znajomych i moich) znalazło się pod wodą, część rzeczy dosłownie popłynęła z nurtem wody, część znalazła się pod grubą warstwą kleistej mazi i jest nie do odszukania. Straciłem niemal wszystkie narzędzia i sporo części, a niektóre rzeczy zwyczajnie nie nadają się do użytku. Od tygodnia walczymy ze spustoszeniem jakie zostawiła po sobie woda, wynosimy z domu i firmy sprzęty, meble i setki kilogramów szlamu, przez co nie mam możliwości zająć się swoimi rowerami, bo zwyczajnie nie mam na to czasu ani narzędzi. Mój serdeczny kolega, serwisant rowerowy z Wrocławia, ofiarował się i umył myjką ciśnieniową większość rowerów z tego największego brudu oraz nasmarował łańcuchy. Cała sytuacja jest dla mnie niezmiernie trudna i przytłaczająca dlatego piszę ten post w nadziei, że spotka się z waszym zrozumieniem. Jeśli są wśród nas osoby, które mają serwis rowerowy lub zwyczajnie mogłyby pomóc mi w ogarnięciu kilku rowerów, to znaczyłoby to dla mnie niezmiernie dużo.
Ilość wiadomości pod postem z chęcią pomocy była naprawdę duża. Napisaliśmy i my, a Łukasz po pewnym czasie skontaktował się z nami informując, że posiada m.in. dwa rowery retro, którym trzeba wykonać kompleksowy serwis. Na tamtą chwilę i my mieliśmy trudny okres (otwarcie nowego lokalu, poszukiwania zespołu, rosnące koszty) więc nie mogliśmy pomóc w takim zakresie, jakbyśmy chcieli. Ale ustaliliśmy, że wykonamy bezpłatny serwis droższego roweru (z amortyzatorem), który wymagał większych środków i był dla właściciela bardziej problematyczny. A po chwili rozmowy Łukasz stwierdził, że przywiezie nam również i drugi rower, którego przegląd mieliśmy przeprowadzić już na normalnych warunkach.
Pewnego dnia dotarły do nas zatem dwie Kony: Mateusz i Kacper zajęli się przeglądem sprzętu o – nota bene – przepięknej nazwie: Humu Humu Nuku Nuku Apua’ A Deluxe. A Grzegorz wybrał model Explosif, którego serwis miał być prezentem dla Łukasza. I to właśnie o tym rowerze jest poniższa opowieść.
Sprzęt został zbudowany w oparciu o klasyczną, przepiękną naszym zdaniem grupę Deore XT serii M750, przerobioną na system single speed. Łukasz postawił na szczękowe hamulce Magura HS33, a za komfort na ścieżkach odpowiada kultowy Judy SL od Rock Shoxa. Nie zabrakło tu takich smaczków, jak siodło Selle Italia Flite z tytanowymi prętami (tęsknimy za tym materiałem we współczesnych konstrukcjach), komponentów Race Face czy też sterów Chris King. Ale… zabierajmy się do pracy!
Zaczęliśmy od kół – należało szybko zajrzeć do łożysk w klasycznych piastach Deore XT opartych na konusach. Wewnątrz było dużo błota i specyficznego szlamu, pojawiła się także rdza na kulkach. Na szczęście bieżnie zastaliśmy w doskonałym stanie, ale konusy posiadały znaczne wżery, a kulki wyglądały fatalnie. Wszystkie elementy zostały wyczyszczone, założyliśmy nowe, nierdzewne kulki Shimano, dobraliśmy konusy i zakonserwowaliśmy łożyska za pomocą jedynego słusznego w tym miejscu smaru Dura Ace. Podobne zabiegi przeszedł mechanizm bębenka z tą uwagą, iż w tym miejscu właściwym smarem był Shimano Freehub Grease. Koła zostały wycentrowane, a powierzchnie robocze hamulców wyczyszczone gumą Mavic przeznaczoną do tego celu.
Następnie kompleksową konserwację przeszły stery Chris King. Dla tych, którzy nie wiedzą – marka jest bodaj jedyną na rowerowym rynku, która sama robi od A do Z swoje łożyska. Dodatkowo stosuje w nich uszczelnienia znane z przemysłu ciężkiego, które – owszem – generują większe opory toczenia, ale i zapewniają długowieczność. Po zdjęciu klipsów zabezpieczających i wyjęciu uszczelek okazało się, że bieżnie i kulki są w idealnym stanie; woda nie wdarła się do środka. Wyczyściliśmy skrupulatnie każdy element, na koniec smarując łożyska smarem Chris King Blue Grease, przeznaczonym wyłącznie do sterów.
Określonych działań wymagała stalowa rama – czyszczenie, odrdzewienie, zabezpieczenie. W mufie suportu znaleźliśmy dużo rdzy, po jej usunięciu zabezpieczyliśmy gwinty gęstym, wodoodpornym smarem. Sam wkład przyporządkowany do grup Deore LX, oraz XT jest nierozbieralny, choć jak dowodzi nasze zdjęcie rozłożonego XTR BB-M952 – przy odrobinie uwagi i cierpliwości można to zrobić. Osobną kwestią były szczękowe hamulce Magura HS33, które wymagały kilkakrotnego przelewania układów, aby kompleksowo pozbyć się tkwiących w nich zanieczyszczeń. Finalnie – po długiej walce – w przewodach znalazł się wyłącznie nowy, niebieski olej Royal Blood. Na koniec pozostał już tylko amortyzator przedni. Kultowy Judy SL miał jeszcze fabryczny zestaw uszczelek sprzed ćwierć wieku, ale dobrym prognostykiem były nierozciągnięte gumy ochronne na goleniach.
Po rozebraniu widelca okazało się, że elementy wewnętrzne nie są uszkodzone. Natomiast uszczelki były zupełnie suche, a na anodzie goleni górnym zrobiły się (na szczęście niegroźne) odbarwienia. Amortyzator przeszedł kompleksowy serwis, w trakcie któego wymieniliśmy wszelkie oleje i smary, użyliśmy także nowszego systemu uszczelek zapewniającego mniejsze tarcie. Fabryczny XXX (uszczelka olejowa, gąbka, uszczelka kurzowa) sprawdzał się kiepsko, dlatego Rock Shox szybko z niego zrezygnował.
Po zalaniu wodą Kona wymagała po prostu gruntownego rozebrania na części pierwsze, wyczyszczenia wszystkich gwintów, elementów ruchomych i usunięcia błota, oraz resztek naniesionego szlamu. Do dziś jest nam niezmiernie miło, gdy przypominamy sobie ciepły, letni dzień kiedy to Łukasz przyjechał do nas po odbiór swojego sprzętu. Jego zadowolona mina cały czas sprawia, że i my się uśmiechamy 🙂



















